W 2006 roku na nasz rynek dość niespodziewanie wkroczyło wydawnictwo Hanami. Wkroczyło niosąc ze sobą wiele ciekawych komiksów autorów szerzej u nas nie znanych takich jak Jirō Taniguchi, Natsume Ono, Mari Okazaki, Mitsukazu Mihara, Hinako Sugiura, Kiriko Nananan, czy Usamaru Furuya. Spora część mang zaprezentowanych przez to wydawnictwo na tyle dobrze trafia w gusta ekipy evil.manga.pl, że postanowiliśmy przedstawić je bliżej naszym czytelnikom. Cokolwiek wymyślilibyśmy i napisalibyśmy samemu na temat Hanami i wydawanych przez nich komiksów najprawdopodobniej byłoby zaledwie prześlizgnięciem się po powierzchni tematu, więc postanowiliśmy zasięgnąć informacji u źródła. W tym celu wysłaliśmy DrauGa w „paszczę lwa” by przy kawie i papierosach dowiedział się nieco więcej o wydawnictwie, jego pracy, komiksach i planach na przyszłość od przedstawiciela wydawcy.

Gwoli ścisłości, wywiad został przeprowadzony 29 kwietnia bieżącego roku i niektóre informacje mogą wydawać się nieco przedawnione. (dop. Evil_Maniak)
DrauG/Dżimi: Zacznijmy od podstawowych kwestii - Skąd zainteresowanie Japonią i komiksem japońskim u Pana i Pańskich współpracowników?
Radosław Bolałek: Większość osób pracujących u nas w firmie, bądź współpracujących, jest związanych z japonistyką, więc jesteśmy z wykształcenia naznaczeni tym hobby. Ja z kolei interesuję się samym komiksem, o ile można tak powiedzieć, od urodzenia. I to były takie fale, raz polski komiks – wiadomo, że w latach 80 praktycznie tylko to było na rynku; lata 90. – Supermany, Batmany; potem w pewnym momencie komiks japoński, później znowu jakiś powrót do komiksów zachodnich. W pewnym momencie stwierdziłem, że nie ma w Polsce czegoś takiego jak komiks japoński dla dorosłych. Nie ma takich komiksów, jakie ja albo starsi czytelnicy chcieliby przeczytać. Często te osoby czytają rzeczy dla trochę młodszych odbiorców. U nas też jest taka dziwna sytuacja, że porównuje się często komiksy zachodnie dla dorosłych – nagradzane, doceniane jak na przykład „Persepolis” – z komiksami, które są de facto dla młodzieży. W Polsce niektóre komiksy, które mają plakietkę 15–16 lat, w Japonii są przeznaczone dla młodszych odbiorców.
Jest też kwestia, że termin „manga” jest czasem używany na siłę. Ostatnio pojawił się drugi termin, bardzo modny: gekiga. Tutaj często przywoływany jest chociażby Yoshihiro Tatsumi i jego „Kobiety” wydane przez Kulturę Gniewu. Gekiga to odpowiednik amerykańskiego „graphic novels” – to takie zwierzątko, które jest, ale nie bardzo wiadomo, gdzie je przyporządkować i każdy twierdzi, że to jest coś ambitniejszego. Gekiga był to nurt w latach 60. Niektórzy twórcy chcieli się odciąć od Tezuki, robić poważne rzeczy, dla dorosłych, dojrzałych odbiorców, ale później sam Tezuka też zaczął takie rzeczy tworzyć. Była wtedy manga i gekiga, która w owym czasie miała swoje uzasadnienie, ale później stał się tylko kolejnym komercyjnym terminem. Ostatnimi czasy uczestniczyłem w konferencji naukowej, miałem wykład na temat „Manga – termin niepotrzebny?”. Jak dla mnie jest to termin stworzony sztucznie, po to, żeby coś sprzedać. Bo czym jest „manga”? Szukałem definicji w różnych źródłach naukowych i nie tylko, definicji – nie ma. Jeżeli przyjmiemy, że jest to tylko komiks japoński, to każde inne używanie tego terminu jest po prostu próbą sprzedaży czegoś pod tą plakietką. Czasami mówi się o jakimś „stylu mangowym”, ale to też ciężko nazwać. Biorąc chociażby „Dziennik z zaginięcia” Azumy, Taniguchiego czy „Dynię z majonezem” – to są 3 komiksy o różnym stylu. Jako wydawnictwo próbujemy mimo wszystko pokazać polskiemu odbiorcy jak najróżniejsze oblicza japońskiego komiksu. Czasami niestety jest on postrzegany przez pryzmat jednolitego, wtórnego – zbita rzecz, która ma takie same historyjki o dziewczynkach w fartuszkach czy też jakieś inne o nastoletnich ninjach. Ok, to są bardzo fajne rzeczy, ale w pewnym wieku. Jak najbardziej miło to sobie poczytać będąc nastolatkiem, ale dorosły człowiek często chciałby czegoś innego. Poza tym postrzeganie tego medium przez pryzmat tylko takich tytułów jest krzywdzące.
Wspomniał Pan przed chwilą o swoim wykładzie „Manga – termin niepotrzebny?”. Wśród dyskusji internetowych pojawiają się głosy, że manga jest czymś innym niż komiks zachodni - powołują się przy tym na pierwotne znaczenie tego słowa i ryciny z XIX w. Czy takie rozróżnienie ma sens?
Nie, według mnie absolutnie nie ma sensu. Co należy podkreślić? Komiks obojętnie czy amerykański, japoński, europejski – to sztuka sekwencyjna. To muszą być obrazy ułożone w pewnej kolejności, której nie można zmieniać. A często przy rycinach nie było takiej zależności. Jakieś historyjki były już opowiadane przez człowieka, który malował na skałach. Przekazywanie obrazem istniało z człowiekiem od zawsze. Ale nie możemy mówić o komiksach, bo w tym momencie wpadlibyśmy w straszną paranoję i stwierdzili, że pierwszym polskim komiksem były Drzwi Gnieźnieńskie.
No właśnie jeśli do tego dążyć to do komiksów zaliczalibyśmy też, malowidła ścienne, czy inne podobne dzieła jak np. tkanina z Bayeux.
Tak, są tutaj różne teorie i rzeczywiście można to pod to podciągnąć, nazwać protokomiksami, ale nie można określić dokładnie, że miało to jakiś kolosalny wpływ na dzisiejszy komiks. Oczywiście cała sztuka, całe dziedzictwo kulturowe miało i ma wpływ na komiks na całym świecie. Podobnie jest z Japonią. Często w komiksach japońskich można znaleźć elementy japońskości. Może to być tematyka, ale również sposób opowiadania. Japończycy potrafią niektóre sceny (przynajmniej w naszym odczuciu) rozwlekać w nieskończoność. Często jest tak, że historia opowiedziana w jednym dwudziestostronicowym zeszycie amerykańskim ciągnie się przez cały gruby tomik komiksu japońskiego. To jest sposób patrzenia. Spotykam się często z błędnym twierdzeniem, że to wszystko przez to, że japońskie komiksy czyta się szybko. Tak – szybko, ale dla Japończyka, nie Amerykanina czy Europejczyka. Ich percepcja jednej strony komiksu jest inna, bo tam są znaki, a czytanie znaków dla Japończyka, który biegle czyta w tym języku, odbywa się o wiele szybciej niż gdyby ten sam tekst, po przetłumaczeniu na swój język ojczysty, miałby czytać Polak czy Amerykanin. Ale jeżeli spojrzymy ogólnie na sposób opowiadania historii w Azji, jest to wszędzie zbliżone. Filmy z Bollywood dla przeciętnego Europejczyka czy Amerykanina trwają strasznie długo. W przypadku komiksu chodzi mi o poszczególne sceny (np. walki), bo istnieje też długość jeśli chodzi o ilość tomów, ale nie można powiedzieć, że to jest typowe dla Japonii. Bo jeżeli weźmiemy kontinuum Marvela albo DC, to w tym momencie też znajdziemy historie, które ciągną się już latami (albo są rozrzucone po wielu tomach). Tak naprawdę w komiksach japońskich fajne jest to, że znajdziemy tam Japonię, że znajdziemy odwołania do kultury, dużo rzeczy typowo japońskich – i to je właśnie odróżnia, np. odwołania do przyrody, czasami jakieś nawiązania do sztuki japońskiej. Musimy jednak pamiętać, że komiks, jako medium wywodzi się jednak z kultury europejskiej czy amerykańskiej.
To będzie szok dla wielu osób, które twierdzą, że manga jest tworem zupełnie odrębnym i nie ma nic wspólnego z komiksem zachodnim.
Sam Tezuka przecież powiedział, że inspirował się Disneyem. Więc skoro większość artystów inspirowało się Tezuką… Kiedyś czytałem japońską publikację pt.„Dlaczego literatura przegrała z mangą?” zawierającą m.in. dyskusję pomiędzy badaczami, którzy twierdzą, że komiks japoński jest bardziej świadomy od tamtejszej literatury. Literatura kręci się wokół pewnych nurtów, sami artyści często nie wiedzą dlaczego, a z kolei komiks japoński ciągle nosi jarzmo Tezuki, ciągle wokół tego gdzieś się kręci i wszyscy właściwie Tezukę mniej lub bardziej naśladują, ale mają tego świadomość.
Czyli można stwierdzić, ze w Japonii komiks wypiera książkę?
Może niekoniecznie wypiera książkę, bo w Japonii czytelnictwo jest nadal bardzo wysokie. To medium po prostu trafiło w odpowiednim momencie. Zauważmy, że w Japonii to jest już któreś pokolenie czytające komiksy. Tutaj tatuś, powiedzmy lat 35, może kupić swojemu dziecku „Tytusa” czy „Kajko i Kokosza” albo coś innego, co czytał w młodości, a w Japonii to będzie „Shonen Jump”. W Polsce dopiero teraz osobom z fandomu, które organizowały imprezy, udzielały się na forach internetowych itp. rodzą się dzieci – czyli tak naprawdę, dopiero za jakieś 10 lat te osoby będą mogły dać swojemu dziecku „Czarodziejkę z Księżyca” czy „Dragon Balla”, pierwsze głośne tytuły wydane w Polsce. Komiks jest interesującą formą, nie ma co mówić, że komiks to odmiana książki czy filmu, bo niektórzy tak to nazywają. To jest zupełnie inne medium, operujące zupełnie innym językiem, czego wiele osób tego nie rozumie. Jeśli spojrzymy na komiks od strony czysto formalnej: jak się buduje narrację, fabułę – to jeśli ktoś będzie próbował przenieść to samo z książki czy z filmu, to polegnie. Mnie osobiście np. nie podobała się ekranizacja „Sin City” – wiem, że jestem w mniejszości, ale dla mnie była ona zbyt dosłowna. Wszystko praktycznie było przeniesieniem 1:1 i co w komiksie co było dobre, to niestety się nie sprawdziło. Bo każde z mediów ma swój osobny język.
Wróćmy może do spraw związanych z wydawnictwem. Skąd nazwa Hanami? Były jakieś inne propozycje?
To był nasz pierwszy pomysł. Potrzebowaliśmy nazwy, która się miło kojarzy Japończykom, ale jednocześnie jest łatwa do wymówienia dla Polaka, ponieważ Polacy mają niestety tendencje do utwardzania spółgłosek – jeżeli po japońsku jest jakieś „shi”, „chi”, to jest od razu przerabiane na „sz”, „cz”. Więc stwierdziliśmy, że Hanami to będzie nazwa bezproblemowa. I wszystko było pięknie, ale już po 2-3 tygodniach od zarejestrowania działalności, podczas podawania danych do faktury pani się zapytała: przez samo „h” czy przez „ch”?
Jak wyglądały Państwa początki? I jak doszło do tego, że z firmy zajmującej się kontaktami kulturowymi Hanami stało się wydawnictwem komiksowym?
To od zawsze było jakimś moim marzeniem, żeby wydawać komiksy, zwłaszcza japońskie. Nawet mogę opowiedzieć pewną anegdotkę: nie dostałem wyższej oceny z geografii, ponieważ kiedy mieliśmy zrobić plan jakiegoś przedsięwzięcia, ja powiedziałem, że będę publikował komiksy. Pani powiedziała, że to niestety są moje mrzonki, głupi pomysł itd., więc nie może mi zaliczyć projektu. Sądzę, że przy najbliższej okazji może uda mi się przesłać Pani To-Nie-Jest-Dobry-Pomysł przykład tego, co nam się udało wydać.
Stwierdziliśmy, że możemy wykorzystać jakoś nasz potencjał, zrobić coś fajnego, nowego, przedstawić twórców, którzy są u nas nieznani, przecierać pewne szlaki.
Właśnie, skąd pomysł, by wydawać twórców mało znanych w Polsce, a jednocześnie twórców doroślejszych pozycji, czego inne wydawnictwa do tej pory raczej unikały…
Kwestia jest taka, że my wydajemy autorów bardzo znanych w Japonii czy bardzo znane tytuły. Azuma („Dziennik z zaginięcia”) jest twórcą nurtu lolicon, jest to człowiek, który podobnie jak Taniguchi, działa od lat 70. Na rynku komiksowym w Japonii obaj są właściwie weteranami. Gdy zaczynaliśmy, o takich seriach jak „Suppli” czy „Balsamista” mówiono, że to są to jakieś alternatywne czy undergroundowe tytuły, a są wydawane w normalnym obiegu – przez wydawnictwo Shōdensha. Są to naprawdę znane tytuły w Japonii. Świadczy o tym także fakt, że na bazie obu tytułów powstały seriale telewizyjne, gdzie zatrudniono gwiazdy z pierwszych stron gazet. Stwierdziliśmy, że powoli czytelnicy dojrzewają, by takie tytuły poznawać. I co jest śmieszniejsze, jesteśmy cały czas o jeden krok przed rynkiem amerykańskim, z tego względu, że wydajemy coś, czy kupujemy na coś licencję i nagle okazuje się, że tytuł w tym samym roku zgarnia nagrody. Jak to było np. z „Dziennikiem…” – najpierw był pomysł, żeby go wydać, a potem został on ogłoszony najlepszym komiksem (graphic novel) w 2008r. przez New York Magazine, co jest potężną renomą. Z kolei teraz będziemy wydawać „Ratownika” Jirō Taniguchiego, który został nominowany do nagrody Eisnera w tym roku i to prawie tego samego dnia co ogłosiliśmy informację o publikacji tego tytułu.
Legendarne są już w Polsce wysokie wymagania strony japońskiej w zakresie wydawanych mang. Czy macie Państwo jakieś szczególnie negatywne, lub może pozytywne, wspomnienia związane ze współpracą z Japończykami?
Jak już wspominałem nie jesteśmy tylko wydawnictwem, mamy także innego rodzaju doświadczenia na rynku współpracy polsko-japońskiej. Jesteśmy na dobrą sprawę jedyną obecnie firmą, która jest prowadzona przez Polaków, bo zarówno Waneko jak i J.P.F. są firmami polsko-japońskimi, a Egmont to korporacja międzynarodowa. Mówiąc pół-żartem pół-serio, być może potrafiliśmy zawalczyć z Japończykami naszym polskim temperamentem (śmiech). Tak naprawdę, trzeba umieć rozmawiać, ustalić jasno pewne zasady. Nam nie zdarzyły się do tej pory żadne przesunięcia, oby się nie zdarzyły nigdy, jesteśmy jedynym wydawnictwem komiksowym na polskim rynku, które nie miało opóźnień. Oczywiście czasami są jakieś problemy, ale trzeba się z obu stron po prostu dotrzeć. Dlatego ustalamy termin wydania w momencie kiedy mamy pewność, że tego dnia komiks pojawi się na rynku. Są też elementy niezależne jak dystrybucja, ale też staramy się, by publikacje były dostępne na terenie kraju przed oficjalną datą premiery.
W pracy nad wydawanymi pozycjami co jest najcięższe, najbardziej praco- i czasochłonne?
Wszystko (śmiech). Mówiąc szczerze to wszystko. Oczywiście najpierw etap wyboru, rozmów nad licencją – część formalna, ustalanie czy jest możliwość wydania w Polsce, ustalanie kto ma prawa autorskie, kwestia materiałów i dostępności. Później tłumaczenie, ustalanie co zostawiamy, jaka będzie konwencja. Następnie, bardzo czasochłonne jest przygotowanie pod względem tekstowym: dobór fontów, bo staramy się, by każda pozycja miała swoje unikalne liternictwo, przy każdym tytule dobieramy je od nowa. Do tego dochodzą onomatopeje – dostajemy zwykle materiały, w których japońskie onomatopeje są naniesione na tekst, zmiana tego i dostosowywanie zajmuje sporo czasu. Często bywało tak, że Japończycy byli zachwyceni, że onomatopeje są przerobione na język polski,. Ostatnim etapem jest współpraca z drukarnią, tutaj też trzeba pilnować materiałów i terminów. Kolejną rzeczą, za jaką nas chwalono jest jakość edycji naszych tytułów. Nawet mówiono, że niektóre nasze tytuły wyglądają lepiej niż w Japonii, przykładowo „Ikar” czy „Księga Wiatru” nie mają w oryginale kolorowych stron, pojawiły się one za to w naszym wydaniu. Na każdym etapie trzeba uważać na najdrobniejsze elementy, bo przy jednym nawet opóźnieniu będziemy mieli do czynienia z efektem łańcuchowym. Pomimo tego, że jest to praca satysfakcjonująca, to też ciężka i stresująca. Zwłaszcza, że nigdy nie jesteśmy w 100% zadowoleni ze swojego tytułu, zawsze jest coś, co chcielibyśmy poprawić, co jest w jakiś sposób motywujące. Mamy nadzieję, że czytelnicy docenią naszą pracę, oraz że widać postępy z tytułu na tytuł.
Jeśli już wkraczamy w nieprzyjemny temat błędów i wpadek to wypadałoby zapytać o to co zamierzacie Państwo zrobić w celu poprawy jakości polszczyzny w swoich pozycjach (błędy interpunkcyjne, przede wszystkim stylistyczne), bo chociaż tłumaczenia wydają się poprawne to ich sztywność i nienaturalność zdarza się dość często.
Jeśli chodzi o literówki czy interpunkcję, to staramy się by było ich jak najmniej, mamy coraz ściślejsze metody kontroli. Wiadomo, że zdarza się to każdemu, nawet największym, czołowym wydawnictwom. Jeśli zaś chodzi o sztywność językową, to zarzut był głównie w stosunku do naszej pierwszej serii „Suppli”. Krytyka często padała ze strony osób młodych, które może jeszcze nie miały okazji osłuchać się ze sztywnym językiem formalnym używanym w firmach zarówno japońskich jak i polskich. Często dostajemy miłe maile, komentarze od osób, które pracują w branży, że w jakiś sposób udało nam się oddać ten język, którym się posługują. Poza tym jest to nadal japońska firma, więc grzeczność, formalizm będzie znacznie większy niż w Polsce. Robimy to na tyle, na ile w naszym odczuciu taki język byłby naturalny dla ludzi w tym wieku i pracujących w tej branży.
Trzeba też pamiętać o tym, że w dymku jest ograniczona ilość miejsca. W dodatku w Polsce jest tendencja do zwalania winy na tłumacza, jeśli coś jest z tekstem nie tak, to zawinił tłumacz – tymczasem każdy autor ma swoją specyfikę językową, którą staramy się oddawać. Często też oskarżenia o nieznajomość interpunkcji tego dotyczą. Po pierwsze te zasady są dosyć elastyczne, a po drugie nie raz kwestia dodania lub odjęcia przecinka zmienia styl wypowiedzi, przenosi pewne akcenty, pomaga w stylizacji wypowiedzi.
Wspomniał Pan przed chwilą o dobrze tytułów, jak to wygląda? Oczywiście poza braniem pod uwagę nagród (śmiech).
Z reguły wybieramy rzeczy bardzo znane w Japonii, nagrody przychodzą później jak już o tym wspomniałem. Ale ogólna metoda jest bardzo prosta: leci się do Japonii, kupuje się powiedzmy 100kg komiksów, wysyła je do Polski – oczywiście po wcześniejszym przewertowaniu na miejscu co się nadaje, bo często niestety Japończycy nie publikują przykładowych stron komiksu, choć teraz na szczęście to się zmienia. Jeśli nie kupujemy tego na miejscu, to zamawiamy w ciemno po okładce, bo często zdarza się, że nie ma nawet opisu (śmiech). Na szczęście można posiłkować się opiniami na forach i recenzjami, chociaż zdarza się, że przylatuje paczka i po lekturze okazuje się, że nic nie nadaje się do wydania, ale to na szczęście rzadkość. Przede wszystkim wydajemy to, co nam się podoba, choć wiadomo, że musimy też uwzględnić rynek. Nie działamy w próżni i musimy brać też inne czynniki pod uwagę.
Czy „Ikar” spotkał się z oczekiwaniami wydawniczymi? Była to manga limitowana, w specjalnym wydaniu, mocno reklamowana, jednak teraz na Allegro można dostać ją za 40-50zł, 20zł taniej. Jak została odebrana przez czytelników?
Mieliśmy całkiem niezły odzew, a różnica jest raczej kilkunastu złotych na egzemplarzu czyli poniżej 25%. Spotyka się też sklepy, które oferują bardzo duże rabaty i często nie są to oferty indywidualnych odbiorców, a właśnie takich sklepów. Jesteśmy zadowoleni z tego tytuł z tego względu, że dzięki niemu wiele ludzi zainteresowało się Taniguchim. Wiele osób, gdyby nie ten tytuł, nie się sięgnęłoby po „Wędrowca z tundry” czy też „Księgę Wiatru” i nie ukrywamy, że wydaliśmy ten tytuł głównie ze względu na Taniguchiego.
Jeszcze odnośnie „Ikara” – Egmont ma swoich Mistrzów Komiksu w „ekskluzywnych” wydaniach, gdzie prezentuje czołowe dokonania twórców komiksu z USA i Europy. Czy można liczyć na kontynuacje pomysłu z „Ikara” - na Mistrzów Komiksu Japońskiego od Hanami?
„Ikar” i ta edycja po części była wymuszona przez japońskiego wydawcę. Komiks ukazał się w takim samym formacie jak w Japonii, nie było tam tylko kolorowych stron i twardej oprawy, ale wszystko inne było identyczne. Zawsze wydajemy edycje dokładnie tak, jak wydanie były w Japonii, jedynym wyjątkiem jest „Dziennik…”, który został odrobinę powiększony ze względu na wymogi techniczne, po prostu w mniejszym formacie tekst byłby nieczytelny. Z resztą jest to format, w którym ukazał się w innych krajach europejskich.
A co do ekskluzywności, to cały czas myślimy o takich wydaniach, ale chcielibyśmy jednocześnie, aby nasze tytuły były przystępne cenowo. Niestety jesteśmy postrzegani przez fanów japońskiego komiksu jako wydawnictwo drogie, chociaż nie bierze się tu pod uwagę zwiększonych kosztów ze względu na większą objętość, format czy też jakość papieru – nie będę ukrywał, że nasz papier jest najwyższej jakości. Poza tym nie porównuje się nas do wydań komiksów niejapońskich, na tle których wypadamy dość tanio.
Jesteście Państwo w posiadaniu licencji na „Muzykę Marie” Usumaru Furuyi. Często jest tak, że po wydaniu jednej pozycji wracacie do danego twórcy przy okazji kolejnych wydawnictw, więc automatycznie nasuwa się pytanie, czy tak będzie i w tym przypadku? Zwłaszcza, że Furuya wydał np. bardzo dobre „Shortcuts”.
Jeśli jakiegoś autora wydaliśmy raz, to jest dość duże prawdopodobieństwo, że do niego będziemy wracać. Wszystko oczywiście zależy od rynku, jak zostanie przyjęty. Trzeba niestety dość długo poczekać, żeby zobaczyć czy dany tytuł spełnił nasze oczekiwania finansowe czy nie. Oczywiście będziemy na pewno rozważać inne tytuły i jeśli coś nam się spodoba, to czemu nie.
Kiedy ogłoszono wydanie „Króla Wilków” Kentarō Miury, pojawiły się głosy, że skoro Miura, to może w następnej kolejności pojawi się „Berserk”. Na ile moglibyście się Państwo ustosunkować do takich pogłosek?
Wszystko zależy od tego jak, się dany autor sprzedaje. A dokładniej nie jest to kwestia jak, tylko jak szybko, bo zależy to od dynamiki sprzedaży. Czy na tego autora wszyscy się rzucą, a komiks będzie znikał z półek, czy będzie się cieszył zainteresowaniem. Z każdym twórcą z reguły robimy tak, że najpierw wydajemy coś albo krótszego, albo łatwiejszego w wydaniu a potem ewentualnie próbujemy przechodzić w inne rzeczy. Na razie nie wracamy do innych autorów oprócz Taniguchiego, ale mamy nadzieję, że to się zmieni. Z Miurą jest podobnie, bo tak naprawdę on za dużo nie wydał oprócz „Berserka”, jeśliby faktycznie ten tytuł cieszy się takim dużym zainteresowaniem, to można myśleć na temat jego publikacji.
Jeżeli byłby on wydawany, to tak jak jedna z edycji w Japonii – dwutomowa [2,5-tomowa gwoli ścisłości – dop. Dembol] , jak „Król Wilków” (to podwójny tom – „Król Wilków” i „Legenda Króla Wilków”, która nie została wydana w języku angielskim). Niektórzy mówią, że to taka długa seria, ale porównując z częścią serii, które wydają konkurenci byłoby ich raptem kilkanaście.
Nie mówimy nie, nie jesteśmy absolutnie zamknięci na dłuższe serie, tylko że jesteśmy nowi na rynku. Mamy nadzieję, że przede wszystkim autorka „Suppli” skończy cykl – bardzo go lubimy, ale dałoby nam to pewnego rodzaju informację, że możemy ten rozdział zakończyć i przejść do następnych projektów. Nie chcielibyśmy otwierać jednocześnie za dużo nowych serii. Z „Berserkiem” jest taki problem, że seria ciągle powstaje. Nie chcielibyśmy mieć za dużo serii trwających. Póki co staramy się wydawać one-shoty, krótkie serie, stopniowo oczywiście będziemy pewnie też wchodzić w coraz to dłuższe serie. Chyba że okaże się, że rynek najbardziej kocha one-shoty i krótsze rzeczy – to zostaniemy przy tym. Bo jeszcze jest naprawdę bardzo dużo rzeczy w do wydania.
Stwierdziliście Państwo w odpowiedziach na pytania czytelników na Alei Komiksu, że wydacie jakiś tytuł postapokaliptyczny. Czy już wiadomo dokładnie, co to będzie i, drążąc temat Miury, czy będzie to „Japan” autorstwa jego i Buronsona?
Już wiemy, co to będzie. Na razie nie chcemy zdradzić. [po BFK, wiemy już, że Hanami jednak wyda „Japan” – Dembol]
Nadchodzi antologia pt. „Japonia”. Czy można prosić o więcej informacji na jej temat?
Antologia będzie wydana dokładnie jak była wydana we Francji czy Wielkiej Brytanii. Tam jest siedemnastu twórców japońskich lub z nurtu komiksu frankofońskiego. Będzie to dość ciekawy eksperyment. Może w jakiś sposób, przyciągniemy tych, co interesują się tylko komiksem europejskim, a ci co interesują się japońskim nie przestaną wydawać pieniędzy tylko na japoński. Planujemy – nie wiemy na ile się to uda zrealizować, jesteśmy jeszcze w trakcie rozmów – dodatkowe dwie historie stworzone przez Polaków.
Czy brane są pod uwagę inne antologie w razie sukcesu „Japonii”? Przykładowo coś bardziej undergroundowego, bo było kilka takich interesujących projektów w USA.
Jeśli będzie możliwość zakupienia praw autorskich do jakichś ciekawych antologii, jesteśmy bardzo otwarci na takie projekty. Często problem jest taki, że jak jest powiedzmy piętnastu autorów, no to trzeba mieć zgodę piętnastu autorów a zakup samej licencji może trwać ileś razy dłużej niż w przypadku nawet jednego bardzo opornego autora.
Jakiej reakcji fandomu spodziewacie się Państwo w związku z „Dziennikiem z zaginięcia”?
Bardzo nam zależy na opinii fandomu, ale nasze tytuły docierają do szerszej grupy odbiorców i wiemy, że wśród naszych czytelników są osoby, które nie czytują w ogóle innych pozycji japońskich, tylko nasze. Są tacy, co kupują od nas tylko Taniguchiego, ale to inna historia. Są tacy, którzy kupują tylko nasze pozycje obok komiksów europejskich czy amerykańskich. Jest grupa, która w ogóle nie czytuje innych komiksów oprócz naszych – też trafiają się takie osoby.
„Dziennik z zaginięcia” jest bardzo długą lekturą, ponieważ tekstu w nim jest chyba około 3 razy więcej niż w przeciętnym komiksie. Jest go o wiele więcej niż w większości naszych komiksów, w których i tak z reguły jest więcej tekstu niż w standardowym komiksie japońskim, wydawanym w Polsce. W „Dzienniku…” było tyle tekstu, co w takiej troszeczkę mniejszej książce – praca nad tłumaczeniem była znacznie dłuższa niż z reguły, do tego praca redakcyjna pod względem wstawiania tekstu, poprawek, korekty, wszystkiego trwała też znacznie, znacznie dłużej. To nie jest ciężkie w odbiorze, gdyż czytając ten komiks, człowiek cały czas się śmieje. Jednak gdy dociera do niego to, co jest w drugiej warstwie, pojawiają się myśli o tym, jak trudno musiało być autorowi. To właśnie jest siła tego komiksu, że jest on nafaszerowany emocjami. Mimo całej tej humorystycznej treści daje człowiekowi do myślenia, jak mało która z lektur.
Przy okazji „Dziennika z zaginięcia” – występuje tam coś, o co chciałbym zapytać. W pewnym momencie główny bohater jest zaczepiany przez podejrzanego mężczyznę w samochodzie, ucieka szybko, po czym zastanawia się, kto to jest: handlarz organów, yakuza czy może ktoś z północnej K., chodzi tu o północną Koreę, prawda?
To jeden z tamtejszych miejskich legend, tak jak u nas czarna wołga porywająca ludzi. Jest taki mit, rozpowszechniony w Japonii i w Azji w ogóle, że są pewne stowarzyszenia północno-koreańskie, które robią pranie mózgu i porywają ludzi. Ma to pewien związek z historią obu krajów, ale wiadomo jak to bywa – z czasem urosło to do legendy. Skrót został tutaj użyty ze względu na pewne japońskie restrykcje antyrasistowskie, żeby autor nie był postrzegany jako uprzedzony wobec Koreańczyków.
Jakie są Państwa najbliższe plany wydawnicze? Ile będzie nowych tytułów?
Właśnie ukazał się drugi i ostatni tom „Muzyki Marie”, w czerwcu będzie to „Zoo zimą” i „Król Wilków”, a w lipcu „Ristorante Paradiso”. Z kolei we wrześniu na pewno też będzie coś nowego, na razie nie chciałbym nic konkretnego podawać. W październiku będzie antologia „Japonia” i „Ratownik”, w listopadzie ma się pojawić ósmy tom „Suppli” i oczywiście też coś nowego. Do lipca można założyć, że to są pewne plany i tu się nic nie zwiększy, sierpień mamy w tym roku ponownie wolny. Wrzesień, październik, listopad – oprócz tych trzech pewnych tytułów można jeszcze liczyć na coś więcej. W każdym razie będzie to na pewno większa ilość tomów niż w poprzednim roku.
Od razu rzuca się w oczy, że jest więcej tytułów nowych niż kontynuacji.
Tak – z tego względu, że dogoniliśmy japońskie wydania „Balsamisty” i „Suppli”. „Suppli” się ukazało teraz w marcu i chcemy wydać je, tak jak wspominałem, w listopadzie. Z „Balsamistą”, niestety czekamy, aż autorka narysuje następny tom – cztery tomy to miał być koniec, a tu nagle pojawił się tom piąty, szósty tom na pewno się pojawi. Czy będzie ostatnim – tego nie możemy zagwarantować.
Jeśli chodzi o „Suppli”, autorka powiedziała w okolicach szóstego tomu, który też w pewnym momencie miał być chyba ostatnim, że seria będzie liczyć poniżej dziesięciu tomów. Ponieważ w Japonii ukazał się tom ósmy, który nie jest ostatnim, a z „poniżej dziesięciu” zostaje nam tylko dziewięć, więc sądzimy, że to będzie dziewięć tomów. (śmiech)
Ostatnio na świecie zbiera świetne recenzje „A Drifting Life” Yoshiro Tatsumiego, który, poza pokazaniem życia mangaki, ukazuje też fragment historii mangi – czy pozycje w tym stylu są brane pod uwagę?
Jeśli chodzi o warstwę fabularną, o życiu twórcy komiksowego mamy obecnie dwa tytuły: „Dziennik z zaginięcia” i „Zoo zimą” też będzie jak najbardziej o życiu mangaki – główny bohater nazywa się Hamaguchi, ale jest to opowieść autobiograficzna o Taniguchim. W „Wędrowcu z tundry” jedno z opowiadań – większość osób być może już przeczytała, więc mogę zdradzić – jest autobiograficzne. Może trafi się coś, co będzie grubsze. Ale grube tomy nie są w Japonii, aż tak popularne („A Drifting Life” to zebrane dwa tomy japońskiego wydania). „Ikar” miał akurat nietypowy format – warto też zaznaczyć, że ten komiks nie był wydany przez tradycyjne wydawnictwo komiksowe, tylko przez wydawnictwo publikujące na co dzień głównie albumy ze sztuką. Wszystko przed nami.
W ofercie Hanami można znaleźć również japońskie książki – czy można się spodziewać rozszerzenia tego segmentu działalności?
Chcielibyśmy jak najbardziej, ale teraz zaangażowaliśmy się w stronę komiksową i póki co cały czas planujemy, ale to są tylko plany i w najbliższych miesiącach nie wydamy żadnych książek – ale w dalszej przyszłości na pewno chcielibyśmy do tego tematu wrócić.
Czy może Pan podać trzy ulubione tytuły lub twórcy z tych, których nie macie w swojej ofercie?
Oj, ciężko będzie, jeśli chodzi o Japonię. Wiadomo, że wszystkie rzeczy, które wydajemy to właśnie coś, co lubimy, co nam się podoba. Wielokrotnie przywoływany Taniguchi, ale także Mari Okazaki, twórczyni „Suppli”, jest jedną z moich ulubionych autorek, która tworzy też niesamowite rzeczy. Kiriko Nananan od „Dyni…”, Tetsuya Tsutsui, Hideo Azuma, wszyscy właściwie, których wydajemy są moimi faworytami. Ale z kolei z tych, co nie wydajemy to na pewno jest wśród nich Katsuhiro Ō tomo –„Akira” to bardzo ciekawe i monumentalne dzieło, ale też lubię inne jego rzeczy. Z komiksów nie-japońskich, jeśli chodzi o superbohaterów to Alex Ross – to jest może trochę zadziwiające, ale lubię te hiperrealistyczne, fotograficzne postacie herosów, narysowanych z taką precyzją. Stwierdziłem, że kiedyś będę miał biuro z wielkim fotelem i dużą, taką 2×2m planszą Alexa Rossa nad starym, dębowym biurkiem (śmiech). Jest oczywiście wielu innych autorów, których lubię, chociażby Eisner. Z kolei jeśli chodzi o polskich twórców, to Janusz Christa – jestem osobą z Wybrzeża, więc mam szczególny sentyment do jego dzieł. Są to pod wieloma względami dzieła wybitne, z których można się naprawdę uczyć, jak tworzyć komiks. Ale też wielu młodych polskich twórców znaleźć można moich półkach.
Co wydalibyście Państwo, gdyby nie ograniczały was restrykcje finansowe i obyczajowe?
Nigdy nie jesteśmy ograniczeni jakimiś restrykcjami obyczajowo-moralnymi – wydajemy to, co lubimy. Nie jest tak, że nie wydajemy czegoś, bo np. tam jest seks czy przemoc. Może niekoniecznie gustujemy w makabrze – co prawda cały czas myślimy o różnego rodzaju horrorach. Zawsze obiecywaliśmy czytelnikom, że jakieś horrory wydamy i jak najbardziej chcemy wydać, tylko po prostu horrory nie mają szczęścia i w momencie, kiedy coś bierzemy do ręki, to nas tak urzeka, a horrory oddalają się nam troszeczkę na dalszy plan.
Jeśli nie mielibyśmy żadnych ograniczeń finansowych… Jest jedna rzecz, o której mówię zawsze, że chcielibyśmy ją wydać, a na którą ciężko byłoby znaleźć odbiorców w Polsce – to „Oishinbo”. Jedna z najsłynniejszych w Japonii serii, obecnie wyszedł bodajże 103-ci tom, a jest to manga o smakoszu, seria jak najbardziej kulinarna. Niestety nasz rynek tylu tomów o jedzeniu by niestety nie przyswoił i mogłoby być ciężko.
Są jakieś tytuły, które widzielibyście Państwo na rynku (niekoniecznie wydane przez Hanami), ale nie widzicie większych szans na ich powodzenie?
Tak, chociażby wspomniane „Oishinbo”. Na razie nie wierzymy w powodzenie serii zbyt długich, ponieważ rynek też się powoli zmienia. Jak pokazują sukcesy niektórych serii innych wydawnictw, te długie serie też mają racje bytu. Często też wybiera się serie będące łatwiejszym produktem, który łatwiej wypromować, łatwiej jest też zdobyć licencję – bo kupujemy licencję od razu na ileś tomów, a nie musimy na każdy tytuł oddzielnie. Gdzieś padło pytanie na forum, czy wydalibyśmy „City Huntera” – to jest bardzo dobra seria kryminalno-przygodowa, ale też nie uważam, że by się przyjęła na polskim rynku. Jeżeli jesteśmy wśród autorów, których mamy wydać – jest też Buronson, który stworzył chociażby „Fist of the North Star” („Hokuto no Ken”). To klasyka, ale kilkudziesięciotomowy komiks o kilkumetrowych gościach naparzających się na pustyni w post-apokaliptycznym świecie – nie wiem, jak by to przyjął polski rynek. Sądzę, że mogłoby być z tym dość kiepsko. Więc już mogę zdradzić, że „Fist of the North Star” nie będzie tym tytułem postapokaliptycznym, który wydamy (śmiech).
Czy może Pan zdradzić, czy się opłaca się wydawać tytuły nazwijmy to ambitniejsze, dla starszego czytelnika?
Nie chciałbym wchodzić w kwestie finansowe, ale rynek książkowy i komiksowy jest dość specyficzny, często na konkretne wyniki finansowe z danego tytuły trzeba poczekać. I ten rok był, nadal jest i będzie dla nas rokiem zwiększania ilości tytułów. Poprzedni rok zakończyliśmy na piątym miejscu, jeśli chodzi o wydawnictwa komiksowe ogólnie, co jest w naszym odczuciu bardzo wysoką pozycją, gdyż to był de facto pierwszy rok naszej działalności i dogoniliśmy wydawnictwa, które są na rynku wiele lat. Wydaliśmy w poprzednim roku 12 tomów i w tym roku chcielibyśmy tę liczbę zwiększyć. Jak będzie wyglądał następny rok 2010? Wszystko zależy od dynamiki sprzedaży. Może się okazać, że zostaniemy na tym samym poziomie, może zwiększymy – a może się okazać, że będziemy niezadowoleni i zmniejszymy liczbę tytułów wydawanych na rok. Wszystko tak naprawdę leży w rękach czytelników, a raczej w ich portfelach (śmiech).
Hanami jest chyba jedynym wydawnictwem, którego komiksy są recenzowane w „zwykłych” pismach czy gazetach codziennych. Skąd to się bierze?
Kwestia jest, tak jak wspominałem, grupy docelowej – nasze komiksy są skierowane do osób starszych, a często grupa docelowa komiksów innych wydawnictw nie pokrywa się z grupą docelową gazet. To nie jest wyróżnienie z jakiegoś dziwnego względu, tajnego spisku, że o innych wydawnictwach się nie pisze, tylko to po prostu nie ta grupa docelowa.
Wybieramy takie tytuły, które są docenianie na świecie – tak jak choćby „Dziennik z zaginięcia” Azumy, który został wyróżniony przez New York Magazine, czyli gazetę tak naprawdę bardzo głównonurtowa, porównywalna z naszymi dziennikami codziennymi. I tam też nie ma recenzji komiksów dla młodzieży czy dla dzieci – co prawda w Polsce nie istnieje rynek komiksów japońskich dla dzieci. To też jest bardzo szeroki rynek w Japonii, a w Polsce go w ogóle nie ma. Pytanie, na ile polskie dzieci chciałyby czarno-białe komiksy czytane wspak? Można to przerobić oczywiście, to nie jest aż tak istotne dla dzieciaków, że wszyscy są leworęczni w komiksie. Ale w Polsce tych komiksów dziecięcych nie ma, więc możemy mówić tylko o komiksach młodzieżowych i o mniejszej grupie komiksów skierowanych do osób dorosłych.
Tak naprawdę w innych krajach również nie pisze się w gazetach o komiksach młodzieżowych czy o komiksach dziecięcych, są od tego inne media. W Polsce nie mamy takich magazynów jak Wizard w USA: magazyn ogólnokomiksowy, gdzie pojawiają się recenzje wszystkich tytułów i nieważne czy są to komiksy młodzieżowe, czy tytuły dla dorosłych – bo nie ukrywajmy, duża część tytułów DC czy Marvela to też są tytuły dla młodzieży. Powiedzmy, że te tytuły w ostatnich czasach trochę spoważniały, te głównonurtowe, DC czy Marvel też zaczynają być kierowane do trochę starszego odbiorcy – bo chyba ten młodszy już tak bardzo nie potrzebuje komiksów.
Dziękuję bardzo za wywiad i miłą rozmowę.
Ja również dziękuję, pozdrawiam wszystkich czytelników Evil Manga PL.